wtorek, 9 sierpnia 2022

Alexis Hall powraca!

 Hej!

Czy naprawdę powinnam wspominać o tym, że znowu długo mnie nie było i pisać coś o wymówce albo jej braku? Chyba zostawimy te formalności za sobą. Także dzisiaj w sumie chciałabym opowiedzieć co nieco o absolutnej nowości, świeżynce na rynku książkowym. 

Drodzy państwo, Alexis Hall ponownie zachwyca swoim nowym dziełem, sequelem książki "Boyfriend Material" zatytułowanym (o ironio) "Husband Material". Premiera oryginału w języku angielskim miała miejsce 2 sierpnia. Nie zaskoczy was też pewnie fakt, że nie zamierzałam czekać na polskich tłumaczy i swój egzemplarz na Amazonie zamówiłam już dwa tygodnie wcześniej. Książka przyjechała do mnie wczoraj (przy pomocy mało pomocnego kuriera DHL, ale to na tą chwilę zostawmy bez komentarza) i już usiadłam do lektury.

Muszę przyznać, po przeczytaniu pierwszego tomu w dwóch wersjach językowych (polskiej i angielskiej) byłam dość pewna tego, że kolejną część muszę posiadać w oryginale. Dlaczego? Głównie ze względu na humor. Nie ukrywam, nie przepadam za komediami, jednak humor pana Hall jest dla mnie niesamowicie wciągający. Porusza czytelnika prostotą i autentycznością na taką skalę, że jestem szczerze w stanie uwierzyć, że to żarty z życia wzięte. 

Kolejnym aspektem, który przyciąga do lektury jest oczywiście budowa postaci. W pierwszej części zobaczyliśmy głównych bohaterów w każdej możliwej odsłonie - szczęśliwych, smutnych, zdenerwowanych czy podekscytowanych, i chociaż mogłoby się wydawać, że nic więcej nie odkryjemy, Alexis wciąż szokuje odsłanianiem kolejnych i kolejnych nieznanych nam elementów tej dwójki. Swoją chwilę sławy dostają również bohaterowie drugoplanowi, tacy jak powracający Miles, były partner Luca, czy jego sławetna paczka przyjaciół. Miło jest wrócić do znajomych twarzy.

Książka "Husband Material" oraz jej prequel to idealny wybór dla niezdecydowanych. Jeśli nie jesteście pewni, czy jesteście w nastroju na komedię, romans czy dramat, ta lektura pozwoli wam dostarczyć sobie każdej z tych emocji. Nie raz was zaskoczy, przyciągnie, czy nawet zmusi do odłożenia jej na chwilę i wzięcia oddechu. Gorąco polecam!

czwartek, 12 maja 2022

Coś o miłości, takiej czy innej

 Hej!

Dzisiaj oczywiście znowu spóźniona, znowu po trzech tygodniach przerwy. Myślę, że równie dobrze możemy wszyscy założyć, że ten blog nie ma schematu publikacji i średnio co miesiąc trzeba go odświeżać, bo zawsze jest szansa na mój nagły przypływ weny twórczej. 

A dziś poruszymy temat twórczości właśnie, głównie twórczości literackiej dotykającej tematów środowiska LGBTQ+. Chociaż ciężko mi wypowiadać się o sytuacji panującej w tych kręgach, których sama nie jestem częścią, to książki i reportaże dostarczają mi pewnej wiedzy w formie przystępnej dla tak łatwo nudzącej się osoby jaką jestem. Moje dzisiejsze wnioski i wypociny będę bazować na paru książkach, które wymienię i podlinkuję na końcu.

Pierwsza rzecz, większość z nich to literatura dla młodzieży. I wiem, nie jest ona traktowana na poważnie jeśli chodzi o analizy trudnych tematów społecznych, jednak dostarcza pewnej perspektywy. Czuję, że jako czytelnik, poprzez przystępną formę jestem w stanie wyobrazić sobie siebie lub osoby z mojego otoczenia w przytoczonych sytuacjach. Takie książki pokazują problemy, ale bardzo często też zwyczajne różnice pomiędzy "typowymi" bądź "heteroseksualnymi" relacjami, a tymi ze środowiska queer. Wiem, niestety, że muszę postawić nacisk na słowo "problemy" - bowiem nie tylko w tych historiach, ale też po prostu istnieją persony, które nie rozumieją. Homofobiczna rodzina, przyjaciele, nauczyciele czy współpracownicy, bycie sensacją dla mediów, jak to ci geje się z tym nie obnoszą. To boli.

Brzmi to drastycznie i takie jest. Książki autorek takich jak Alexis Hall czy Casey McQuinston w lekko prześmiewczy, często bezpośrednio-ckliwy sposób pokazują, jak bardzo inaczej traktujemy związki nieheteroseksualne. Nie gorzej, nie lepiej, to nie jest teraz ważne - po prostu inaczej. Dla naszego akurat narodu to wciąż zjawisko niesamowicie kontrowersyjne, ale czy na pewno musi takie być? Zauważcie, że każdy chłopak wychodzący na spacer ze swoim partnerem bądź dziewczyna trzymająca za rękę swoją dziewczynę to zawsze ogromna sensacja dla ludzi wokół, nawet jeśli tego nie pokazują. Czy nie lepiej po prostu przyjąć do wiadomości, że tak teraz wygląda świat, ludzie już nie kryją się po szafach i chcą NORMALNIE żyć i kochać?

Wracając jeszcze do traktowania, muszę przyznać, że strasznie niekomfortowe jest zmienianie podejścia do kogoś tylko dlatego, że jest, załóżmy, biseksualny lub niebinarny. Sama jeszcze ze trzy lata temu chciałam mieć "kolegę-geja", bo uznałam, że to będzie super fajne, i że będę mogła wypytywać go o różne rzeczy. A potem wyszłam z wiejskiej podstawówki, poszłam do szkoły średniej i zdobyłam znajomych, którzy prędzej czy później sami powiedzieli mi, kim są. I wiecie co? To nic nie zmienia. NIC. Nie chcę nawet zaczynać tematu osób, które odwracają się od swoich biseksualnych bądź homoseksualnych przyjaciół, bo boją się, że ci się w nich zakochają. Obrzydliwe.

I to chyba tyle. Nie chcę iść na wieczną tyradę ze światem o prawa i przywileje osób queer, bo są od tego bardziej odpowiednie media niż mini-blog znudzonej licealistki. I bardziej odpowiedni ludzie. Ale jak obiecałam, linkuję książki, na których bazowałam:

piątek, 22 kwietnia 2022

Boy meets boy, they fall in love

 Hej,

Teraz już oficjalnie mogę powiedzieć, że zaniedbuję tego bloga. Kolejna miesięczna przerwa za nami, ale nie o tym dzisiaj. Jestem świeżo po seansie serialu "Heartstopper" wyprodukowanego przez Netflix, którego premiera odbyła się dosłownie dzisiaj. Jest to historia dwójki nastolatków i ich przyjaciół odkrywających tak naprawdę czym jest dla nich miłość. 

Całość oparta jest na serii komiksów o tym samym tytule stworzonych przez cudowną i niesamowicie utalentowaną Alice Oseman. Z tego co mi wiadomo to jest to wciąż projekt kontynuowany, jednak ja osobiście przeczytałam dobre 170 rozdziałów po angielsku, a ostatnio w moje ręce dostały się również egzemplarze papierowe w polskiej wersji językowej. I są naprawdę dobre, jednak dalej nie mogę zdzierżyć tłumaczenia słowa "straight" (oczywiście w kontekście osoby) na "heteryk". Chyba za bardzo kojarzy mi się z herezją.

Całość pierwszego sezonu liczy sobie na chwilę obecną 8 odcinków, każdy po około 30 minut, a nawet mniej. Nie jest więc pewnie zaskoczeniem, że udało mi się przerobić całość w jedno posiedzenie, i to w dzień premiery. Chcę jednak, omijając możliwie jak największą ilość spoilerów przedstawić wam moją opinię na temat produkcji Netflixa. Zawsze jednak istnieje szansa na malutki spoiler, więc polecam wam na własną rękę jednak zapoznać się z serialem.

Pierwsze co zauważy osoba po lekturze oryginalnych komiksów są drobne zmiany w fabule. Nie dla każdego jest to coś złego, ja jednak należę do grona, które nie pogardziłoby wierną książce adaptacją. W serialu poza minimalnymi szlifami, jak imiona postaci pojawiły się też rzeczy kompletnie zmieniające historię. Za przykład podam pojawienie się postaci Imogen, koleżanki Nicka, która w komiksach ani razu się nie pojawia. Istotną kwestią są również wydarzenia następujące w trzecim tomie, mianowicie wyjazd naszych bohaterów na szkolną wycieczkę do Paryża. I nie zamierzam tutaj winić Netflixa, oczywiście, że mają ograniczone koszta, jednak ta podróż pozwoliła na naprawdę ciekawy character development dla wielu postaci drugoplanowych, a w serialu w ogóle się nie odbywa. Zmieniono też elementy podróży emocjonalnej głównych bohaterów, adaptacja niestety pewnie z potrzeby dotarcia do szerszego odbiorcy stosuje zabiegi znane nam z innych romansów dla nastolatków, takie jak klasyczne misunderstandings (ang. nieporozumienia) bądź nawracające problemy z byłymi partnerami. 

Część z tych zmian, jak wcześniej wspomniałam, jestem w stanie wybaczyć. Oceniając więc serial w całości, wystawię mu dwie opinie. Pierwsza, jako osoba, która jest doskonale zaznajomiona z historią, na której bazowana jest adaptacja, nie mogę wystawić serialowi wyżej niż mocnej ósemki. Jednak, gdybym oglądała to bez wcześniejszej interakcji z książką, ocena wzrasta do 9, a może nawet 9.5. Jest to po prostu cudowna historia, zamknięta w świetnie dobranej obsadzie, dobrej grze kamery, sprytnym użyciu oświetlenia, dopasowanej muzyki i profesjonalnej grze czasem. Polecam "Heartstopper" każdemu, kto nie boi się czuć, żyć, i odkrywać siebie.

czwartek, 17 marca 2022

Nie zgadniecie, kto wrócił

 Hej!

Tak, to ja. Po kolejnej długiej przerwie jestem z powrotem, ale tym razem znowu mam parę wymówek. W trakcie miesiąca nieobecności byłam w stanie zachorować dwa razy, wyjechać na ferie, przeczytać multum książek i podchwycić parę nowych, pewnie krótkotrwałych jak reszta, hobby.

A dzisiaj opowiemy sobie o jednym z nich, mianowicie - wróciłam do uniwersum DC Comics. W sumie największym katalizatorem do powrotu był świeżutki, nowy film "The Batman" w reżyserii Matta Reeves'a. Przyjaciółka, która mnie na niego zaprosiła, jest wieloletnią fanką komiksów o superbohaterach, niezależnie od uniwersum. Była więc w stanie wytłumaczyć mi wszystkie smaczki, które zostały zamieszczone w filmie i pomóc mi lepiej zrozumieć nowy świat wykreowany w tym filmie. 

No i się zaczęło. Ta sama przyjaciółka zaoferowała pożyczenie mi paru komiksów ze swojej kolekcji, żebym po dłuższej przerwie (która trwała od premiery pierwszego "Legionu Samobójców, czyli już prawie 5 lat!) mogła na spokojnie, bez pośpiechu przypomnieć sobie konkretne historie i bohaterów. I tak właśnie weszłam w posiadanie czterotomowej serii "Nightwing" Tima Seeley'a, dwutomowej sagi "Biały Rycerz" niezastąpionego Seana Murphy'ego i jednotomówki "Batman: Mroczny książę z bajki" Mariniego. Jak na razie dobrałam się do "Nightwinga" i przypomniałam sobie miłość z dzieciństwa, kiedy to pierwsza seria tych komiksów zostawiła mnie z ostrą traumą. 

Sprawdziłam też teczkę w poszukiwaniu starego fanfiction o Jokerze, które pisałam w podstawówce. No cóż, logika i sposób myślenia adekwatny dla trzynastolatki po nielegalnym seansie "Legionu Samobójców". Spróbowałam jednak podjąć się "naprawy" tego dzieła i po ogromnej, OGROMNEJ ilości zmian udało mi się doprowadzić fabułę do ładu i składu.

Zaczęłam też pisanie czegoś, na co plan powstał w mojej głowie również wiele lat temu. Moim marzeniem jako pisarza było odtworzenie historii Harley Quinn w mojej wersji, bardzo różniącej się od oryginału. Postać Harley została zamieniona na mężczyznę, doświadczonego psychologa, który do Arkham trafia w pogoni za wysoką pensją. Nawet nie wiecie, jak przyjemnie się to pisze!

Także tutaj skończymy, resztę zostawiam waszej wyobraźni i zachęcam do eksplorowania świata DC samemu!

niedziela, 6 lutego 2022

To znowu ja!

 Hej!

Dzisiaj przychodzę do was ja, spóźniona z wpisem o parę dni. Spytacie może, dlaczego nie było wpisu w czwartek? A ja odpowiem, że nie wiem. Po prostu prawdopodobnie zapomniałam, wyłączyłam przypominający budzik i żyłam dalej swoim życiem. Ale dzisiaj, kiedy znalazłam trochę więcej czasu, czas nadrobić stracony wpis. 

No więc czym się ostatnio zajmowałam? Tak naprawdę niczym konkretnym, chociaż do moich obsesji wskoczyły dwa nowe uniwersa i oba wam dzisiaj opiszę. Pierwsze, absolutnie cudowne, to świat z serialu "Arcane". Nie jestem wiernym graczem LoL'a, turnieje oglądałam jak byłam młodsza, a teraz całkowicie od nich odeszłam. Jednak z winy pewnego członka mojej rodziny wzięłam się za produkcję Netflixa i szczerze, dawna miłość do postaci Jinx spadła na mnie jak grom z jasnego nieba.

Muszę was tutaj trochę wprowadzić w moją "mroczną przeszłość". Kiedyś naprawdę jarałam się cosplayem - aż do momentu gdzie dwa warkocze to było moje standardowe uczesanie. Kochałam oglądać ludzi w przebraniach, a moim marzeniem było tworzenie kostiumów samemu. Postacią, która wtedy za mną chodziła, była Jinx w najbardziej klasycznym wydaniu, z pistoletami przy pasie, minigunem w ręku i Rybeńką. Jednak wiadomo, cosplay to zabawa trudna, czasochłonna i bardzo droga, więc marzenia przepadły.

A teraz wróciły! Serial obudził we mnie na nowo fascynację postaciami z gry League of Legends, wyszukiwaniem fanartów i sprawdzaniem nowych skórek. Historia przedstawiona przez Netflixa jest genialna, wciągająca i trzymająca w napięciu, ale to, co najbardziej przyciąga, to animacja. Dawno tak nie zachwycałam się grą świateł w jakimkolwiek dziele kinematografii, a co dopiero animowanym. Przebili wszystkie moje oczekiwania, polecam każdemu.

A druga pasja, którą postaram się streścić ciutkę szybciej, to seria komiksów Alice Oseman pod tytułem "Heartstopper". Opowiadają one historię Charliego i Nicka, którzy poznają się w liceum i muszą mierzyć się z trudnościami życia w związku homoseksualnym, gdzie każdy z chłopców ma jeszcze swoje prywatne problemy. Łyknęłam wszystkie tomy w jeden wieczór, przepłakałam sporą ich część. Również bardzo polecam, nawet osobom, które na co dzień w takiej tematyce nie siedzą. A, i Netflix przygotowuje fabularną ekranizację! 

czwartek, 27 stycznia 2022

You just got Loki'd

 Hej!

Znacie to powiedzenie, że dzień może być "rollercoasterem emocji"? Jeśli tak rzeczywiście jest, to mój zdecydowanie był jednym z takich. Ale w sumie to nie przyszłam mówić o tym, tylko o mojej ostatniej ogromnej obsesji (drumroll please) - Tom Hiddleston. 

I wiem, wiem. Jestem prawdopodobnie ostatnią osobą, która ma fioła na punkcie tego brytyjskiego aktora, ale cóż - lepiej późno niż wcale! No więc zaczęło się standardowo od Avengersów (w poprzednim wpisie możecie poczytać co nieco o tym, jak w tym roku planuję nadrobić całe MCU, zapraszam!) i od roli Lokiego, ale jak się szybko przekonałam, nie jest to jedyna jego perfekcyjna odsłona.

W bardzo krótkim czasie zapoznałam się z bardzo dużą ilością materiałów z udziałem Hiddlestona. Jednym z pierwszych seriali był "The Night Manager" z 2016 roku, do którego podeszłam mniej więcej jak do każdego serialu: znudzę się po dwóch odcinkach i rzucę. Ale nie, obejrzałam całość i o. mój. Boże. To jedna z jego lepszych ról. Mam wrażenie, że ta taka nutka tajemniczości przenika w każdej jednej jego wersji, a w tej wykonał kawał dobrej roboty. Zdecydowanie polecam, jest to miniserial, tylko 8 odcinków, więc dla weteranów: jeden dzień zdalnego nauczania. 

Zaraz za tym poleciało "Crimson Peak". Nie ukrywam, opinie na Filmwebie były zniechęcające, ale chyba na ten moment nic nie odciągnie mnie od Toma Hiddlestona. Gra on tam zupełnie kogoś innego, młodego i (zgadliście) tajemniczego hrabiego z Wielkiej Brytanii. Sam film nie jest niczym super specjalnym, ale jeśli lubicie delikatne horrorki z odrobiną wyciskacza łez, totalnie powinniście spróbować. Seans co prawda na 2 godziny, ale można popatrzeć na ładne widoczki. 

I jeszcze jedna seria godna wspomnienia, to już sam "Loki" - serial dostępny na Disney+, który w zeszłym roku robił prawdziwą karierę w internecie. Moje podejście ponownie było sceptyczne, ale znowu łyknęłam całość w jedno posiedzenie. Mam wrażenie, że ten serial otworzył nowe drzwi dla Marvela, bo jest to koncept, o którym zbyt często nie słyszy się w tym uniwersum. Jednak Tom w swojej prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnej roli sprawdził się jak zawsze świetnie, efekty są bardzo przyjemne dla oka no i sama historia nie pozwala oderwać się od ekranu. Musicie spróbować obejrzeć chociaż jeden odcinek z dubbingiem - jest przekomiczny. Jednak jak zwykle polecam napisy, bo nie da się oglądać filmu z Lokim bez charakterystycznego, iście brytyjskiego "I beg your pardon?".

Trochę się nagadałam. Mam przed sobą jeszcze parę produkcji z udziałem Toma, z czego najwcześniej planuję obejrzeć "War Horse" (bo KOCHAM wersję sceniczną), a później pewnie zagłębię się w "Betrayal", może? W każdym razie, do następnego!

niedziela, 23 stycznia 2022

Coś na bezsenność

 Hej.

W zeszłym tygodniu nie było wpisu, i tym razem nie mam na to większego wytłumaczenia. Zapomniałam i tyle. Dzisiaj raczej podeszłam do pisania w stylu: 'nie mogę spać, stara płyta Beyonce brzęczy mi w uszach, czuję, że muszę się wyżyć'. Nie spodziewajcie się więc wartościowych rozkmin na żaden konkretny temat. Ale chyba po to ludzie zakładają blogi? Żeby artystycznie się wyżyć, co nie?

Przeczytałam dzisiaj pewne bardzo dobre fanfiction o Lokim z uniwersum Marvela. Jest to już któreś z kolei (kasuję średnio jedno na dwa dni) i zauważyłam pewną zależność. Kiedy zaczynam czytać coś po polsku, to naprawdę unikam historii opartych rzeczywiście na filmach bądź komiksach. Jednak kiedy biorę się za angielskie opowiadanie, to jakoś cytaty czy nawiązania do MCU absolutnie mi nie przeszkadzają. Może to moja wewnętrzna niechęć do naszej rodzimej spuścizny - nie przepadam za tłumaczeniem rzeczy na polski. Wszystkie filmy, książki, seriale; staram się to wszystko oglądać w takim języku, w jakim powstało. Ewentualnie z napisami, bo niestety nie rozumiem francuskiego. 

Szczególnie nienawidzę lektora. Doceniam oczywiście pracę, bo jest na pewno bardzo trudna, ale ja sama za tym nie przepadam. Kurcze, zabiera to całe emocje i napięcie z oglądanego filmu i w dodatku często, ze względu na tempo mówienia, lektor omija niektóre linijki. Matko, okropnie mnie to denerwuje - nigdy więcej lektora. Pozostaje jeszcze kwestia dubbingu w filmach fabularnych, ale to przemilczę. Nie chcę, żeby krzesła latały po ścianach. 

Wiecie, że jestem absolutnie okropna w korzystaniu ze Spotify? Zakładam, że większość z was ma jakieś playlisty i tutaj niezależnie od nastroju, gatunku czy pochodzenia muzyki - wszyscy macie. Tylko nie ja. Nienawidzę i nie umiem robić składanek. Po prostu wszystko co mi się podoba, jak leci ląduje w polubionych utworach i tak tego słucham. Też tak macie? Dla mnie wydaje się to dziwne, ale cóż. Takie życie. 

Odkryłam ostatnio, że w naszej kochanej Polsce istnieją kino-kawiarnie. Wybrałam się do jednej i szczerze, piwnica z projektorem i krzesłami załatwionymi z likwidacji starego teatru to nie Helios, ale klimat był super. Zwłaszcza, kiedy oglądasz film tak stary jak pierwsze "West Side Story". A w dodatku siorbiesz sobie herbatkę z jesiennej kolekcji. To było zaiste ciekawe doświadczenie. 

To chyba tyle na teraz. Może i nie mogę spać, ale oczy od ekranu i tak bolą. Pójdę się lepiej położyć. Pokój z wami, wiedza z nami.

Aha, i jeśli nie załapaliście o co chodzi z tłumaczeniem rzeczy na polski, to tutaj przykład czysto z Marvela, a nawet dwa. I to po prostu boli.

Tesseract = Hipersześcian

Midgardian = Midgardczyk/Midgardka

Ugh, aż źle mi się to pisało.



czwartek, 13 stycznia 2022

Nowa zajawka

 Hej!

Dzisiaj, ponownie, nie mam przy sobie laptopa, plus w biegu zapomniałam napisać wpis wcześniej. Więc oto jestem, pół godziny przez planowanym publikowaniem i piszę. Na szczęście dla mnie, mam o czym.

Ostatnio całkiem mocno wkręciłam się w świat Marvela. Jednym z moich postanowień noworocznych było obejrzenie wszystkich filmów MCU chronologicznie, co nawet ostatnio udało mi się zacząć realizować. Pierwszy w kolejce był "Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie", a jako, że nie jestem zbyt wielką fanką tego bohatera, to nie wypowiadam się za dużo. Sama produkcja jest niezła, no ale nic specjalnego. Dalej jest "Kapitan Marvel", co za pierwszym razem też nie zrobiło na mnie zbyt dużego wrażenia. Jednak kiedy oglądałam to teraz, jakoś ten film wydawał mi się bardziej znośny. Pewnie pierwsza uraza wynikała z faktu, że nigdy nie przepadałam za prequelami.

Następny w kolejce czeka "Iron Man", ale jeszcze nie miałam okazji się za niego zabrać. Jak na razie poza tymi dwoma filmami widziałam wszystkie "Spider-Many" i parę innych, ale i tak najbardziej nie mogę się doczekać "Thora". Po pierwszej części byłam zakochana w Asgardzie, uniwersum, no i w samych postaciach. Nigdy nie byłam totalnym freakiem z Marvela, nie miałam nawet okazji zobaczyć "Avengers: Endgame" (chociaż po takiej dawce spoilerów od czasu premiery czuję się jakbym widziała cały film parę razy).

Teraz tak naprawdę rehabilituję się z fazy, która w dzieciństwie przeszła mi bardzo szybko, a teraz wraca, i to ze zdwojoną siłą. Liczę tylko na fakt, że nie zniechęci mnie 28 tytułów na liście. Na razie kończy się ona na "Doctor Strange: W multiwersum obłędu", które będzie miało premierę jeszcze w tym roku. Osobiście nie mogę się doczekać, zwłaszcza po tym, czego byliśmy świadkiem w "Spider-Man: No way home". Swoją drogą, jeden z moich ulubionych filmów Marvela kiedykolwiek - pewnie to przez sentyment do poprzednich odtwórców roli człowieka-pająka (zwłaszcza Toby McGuire). 

To chyba tyle na dzisiaj. Wiem, że krótko, ale ten tydzień do dla mnie naprawdę bieg na łeb, na szyję. W przyszłym wrócę z nową energią, jak tylko będę miała możliwość dobrze się wyspać. Do usłyszenia!


czwartek, 6 stycznia 2022

Ktoś inny - ktoś wyjątkowy

 Hej!

Dzisiaj rozszerzę trochę temat, który poruszyłam w poprzednim wpisie. Mianowicie niedawno skończyłam czytać kolejną książkę, która poruszała tematykę osób nieheteroseksualnych. Dosyć mocno dotknęło mnie to doświadczenie i skłoniło do przemyśleń, dlatego chciałam się tym z wami podzielić.

Zacznę od tego, że skupimy się tutaj głównie na kwestii osób homoseksualnych, czyli gejów i lesbijek. Nie jest to absolutnie przejaw mojej ignorancji czy nietolerancji, jednak taka tematyka jest głównie poruszana w czytanych przeze mnie książkach i nie mam żadnego doświadczenia z innymi orientacjami. Oczywiście, wliczamy też biseksualizm.

Pierwsze co zauważyłam, to fakt, że romanse dotyczące środowiska LGBT to najbardziej realistyczne i szczere romanse, jakie czytałam, a czytałam już całkiem sporo. Nigdy nie spotkałam się z książkami, w których temat trudności napotykanych na drodze miłości dwóch postaci został tak bardzo wyszczególniony. Jako przykład posłużę się "Red, White and Royal Blue" autorstwa Casey McQuinston, gdzie książę Anglii, Henry, oraz syn prezydent USA, Alex, mają przed sobą najtrudniejszą możliwą drogę do bycia szczęśliwym - jest to strach przed opinią innych ludzi. Osoby publiczne niestety muszą mierzyć się ze swoją rozpoznawalnością i ukrywać pewne elementy swojego życia, jednak jak długo jest się w stanie ukrywać najbliższą nam osobę?

Warto też wspomnieć o nieprzewidywalności takich książek. Pewnie bardziej wprawieni czytelnicy też już zauważają pewne schematy fabuł, do jakich uciekają się autorzy (najbardziej widać to w romansach). Ja jednak, posiadając już niemałe doświadczenie z zarówno "straight" romansami oraz tymi, których temat dzisiaj omawiamy, nigdy nie byłam w stanie przewidzieć przebiegu akcji. Z tego zestawienia wykluczam akurat "Pieśń o Achillesie", która jest oparta na micie, więc osoby zaznajomione z mitologią grecką będą znali kluczowe wątki tej historii.

Książki poruszające problemy osób o innej orientacji niż heteroseksualna są na razie drobną grupą, która po cichu zaczyna podbijać rynek. Ja jednak życzę autorom i autorkom jak najlepiej, bo w świecie, w jakim żyjemy, zwłaszcza w naszych polskich realiach, czasami trzeba walczyć o swoje. 

czwartek, 30 grudnia 2021

To ja, nowa ja

 Hej!

Dzisiaj trochę na szybko, bo oto mamy sylwestra i to już jutro! Szczerze nie myślałam za dużo o tym, co mogę pisać w ten odświeżonej wersji bloga, a teraz nie mam nawet dostępu do laptopa. Pomyślałam więc, że opowiem po prostu czym ostatnio się zainteresowałam, bo sporo rzeczy się pozmieniało.

Po pierwsze, wróciłam do czytania książek. Ale też nie takich zwyczajnych, bo zaintrygowały mnie szczególnie te o tematyce LGBT. Jest to dla mnie zupełnie nowe środowisko i odkrywanie ludzi w ten a nie inny sposób jest naprawdę przyjemne.

Następnie, co dla niektórych pewnie nie będzie dużym zaskoczeniem, wróciłam do Twitcha. Ogółem do oglądania streamów, oczywiście zagranicznych, ale też do grupy twórców tworzących Dream SMP. Wiem, wiem, temat trochę przestarzały, ale kurcze, towarzystwo nigdy nie zawodzi, a taki brytyjsko-amerykański humor pasuje mi nawet bardziej niż nasz polski.

Dalej, co będzie brzmiało dziwnie, zaczęłam dbać o siebie. Kiedyś kupowałam najtańsze szampony i żele pod prysznic, myłam się jak musiałam i ubierałam się tak, żeby cokolwiek na sobie mieć. Teraz bardziej skupiam się na swoich włosach, kupuję kosmetyki przystosowane do siebie i trochę bardziej dbam o to, jak wyglądam i jak czuję się w swoich własnych ubraniach. To chyba całkiem niezły progres.

No i chyba już ostatnia rzecz, to historia. W sumie jest to ściśle związane w moim kierunkiem w szkole średniej, ale wyszukiwanie i odkrywanie pewnych ciekawostek historycznych stało się właśnie moim hobby "po godzinach". Wieczorami, a czasami nawet nocami, potrafię siedzieć na grupkach na Facebooku bądź na różnych stronach internetowych i czytać o władcach czy tajnikach powstawania państw. Jedyna historia, którą omijam szerokim łukiem, to Polska ogółem poza średniowieczem bądź historia świata po XVIII wieku. Nie jarają mnie wojny, za dużo tego pchają w telewizji.

Wiem, ten post wygląda strasznie na odwal. I trochę jest tak pisany, bo nie lubię pisać na telefonie i starałam się zrobić to jak najszybciej. Na koniec jeszcze tylko chciałam życzyć wam szczęśliwego nowego roku i udanego sylwestra, żebyście spędzili go w najlepszym możliwym gronie i żeby to była niezapomniana noc. Do następnego!

środa, 22 grudnia 2021

Emm... Cześć?

 Hej.

Nie wierzę, że znowu tu jestem. Nie wierzę, że znowu piszę te słowa, ale... Dzisiaj jest dzień, w którym wracam. I teraz już naprawdę, wracam na tego bloga. Zostawiłam was tutaj na bardzo długo, praktycznie na niemal pół roku. Ale teraz nadszedł czas, gdzie pora włączyć komputer, otworzyć kartę w przeglądarce i zacząć pisać.

Czas chyba zacząć od tego, czego tak nie lubicie. Od przeprosin. Naprawdę ogromnie przepraszam, zwłaszcza za nadzieję, którą dawałam. Że wracam, że wrócę wtedy i wtedy. Ale tak się nie stało, jestem tu 4 miesiące później niż planowałam. Ale hej, wróciłam! To się chyba liczy.

A w sumie co mnie skłoniło do powrotu? O dziwo, szkoła. Jak pewnie już większość z was wie, jestem w szkole średniej - wsiadłam na rollercoaster nieprzespanych nocy, stresujących dni i popołudni zawalonych pracami domowymi. Ale w tym całym szaleństwie miałam jedno miejsce, które utrzymywało we mnie myśl, że liceum to najlepsze co przytrafiło mi się w życiu, a była to gazetka szkolna.

Stworzyliśmy ją praktycznie od zera, mała grupa humanistów z pasją do pisania i tworzenia. Działaliśmy całkowicie niezależnie, nikt nie narzucał nam tematów, a nasze wypociny publikowaliśmy na prowadzonym przez nas Instagramie. Cóż, tak było, aż do tego roku. Opiekun gazetki, nasza nauczycielka, została zwolniona i trafiliśmy pod skrzydła zupełnie innego pedagoga, z zupełnie innym nastawieniem. To niestety przelało czarę goryczy i wszyscy, grupowo, zrezygnowaliśmy. Nie byliśmy się w stanie dogadać w żaden sposób z nowym opiekunem, więc po prostu odpuściliśmy. Gazetka przestała istnieć, a ja trafiłam na krzesełko u przemiłej pani psycholog. Tak, przeżyłam to tak bardzo. Ale już się pozbierałam, żyje mi się dobrze, nawet bez gazetki.

I tak w skrócie, dlatego wracam! Straciłam tak naprawdę jedyne miejsce, które pozwoliło mi na to spontaniczne i pracochłonne wyrażanie siebie. Wtedy dopiero zaczęłam zauważać alarm, który mam w telefonie i który krzyczał na mnie w każdy czwartek "WPIS NA BLOGU". No cóż, jak widać miał on na mnie wystarczający wpływ, aby wrócić. Dzięki Bogu, że nie usunęłam go przy zmianie komórki!

To chyba tyle na dzisiaj? Nie zamierzam zaczynać tutaj zupełnie nowego tematu, a w sumie to planowałam tylko zaanonsować swoje przybycie. Chyba poszło mi całkiem nieźle, co? Więc, aż nie wierzę, że to mówię, ale... do zobaczenia w następny czwartek!

czwartek, 12 sierpnia 2021

Przepraszam.

 Hej.

Dzisiaj trochę mniej optymistycznie. Wiem, że ostatni wpis pojawił się miesiąc temu. I nie, nie wracam tutaj w regularnym, normalnym tempie. Wrócę we wrześniu. Mam trochę problemów, którymi muszę się zająć i niestety w wakacje ciągle jestem zajęta lub niedysponowana, żeby zająć się blogiem. Wrócę, mogę wam to przysiąc, bo uwielbiam tego bloga i sprawia mi ogromną przyjemność pisanie każdego z postów. Musicie tylko na mnie poczekać, chwilę. Może dwie. 

czwartek, 1 lipca 2021

Czy zdołasz być... Ostatnim z nas?

 Hej!

Dzisiaj ponownie po krótkiej przerwie, zabieram was do świata pewnej gry. Ostatnio odchodzę trochę od mang, anime i seriali na rzecz trochę innego typu rozrywki, mianowicie zaczęłam oglądać stare dobre gameplay'e! Wróciłam do Sarge'a, mojego idola z dzieciństwa jeśli chodzi o gry i postanowiłam nadrobić kilka tytułów, o których kiedyś było naprawdę głośno. A więc dzisiaj zaproszę was właśnie do jednego z kultowych już uniwersów świata gier, mianowicie do kultowej produkcji studia Naughty Dog, "The Last of Us".

Pierwsza część ma już swoje lata, jednak bodajże 3 lata temu powstał genialny remake, posiadający identyczną historię i rozgrywkę, różniący się jedynie o wiele lepszą grafiką. Druga część to całkiem młoda produkcja, ma ona ledwo ponad rok i również jest absolutnym arcydziełem graficznym. Opowiem jednak coś więcej na temat fabuły, ponieważ właśnie to przyciągnęło mnie do tej serii najbardziej. Grę rozpoczynamy jako Sarah - nastoletnia dziewczyna, która budzi się w nocy i szuka swojego ojca Joela. Akcja rozgrywa się podczas światowej pandemii, kiedy to pewien toksyczny grzyb zaczyna infekować ludzi i przejmować ich umysły! Zamienia on je w tzw. klikaczy, czyli istoty ślepe, jednak o bardzo dobrym słuchu. Podczas rozgrywki wcielamy się właśnie w Joela, który wiele lat po wydarzeniach z Sarah dostaje za zadanie od swojej przyjaciółki przetransportować pewien "towar" na drugą stronę kraju. Owym "towarem" okazuje się być piętnastoletnia Ellie, dziewczyna odporna na chorobę. Joel podróżuje z nią do szpitala, aby tam mogła ona pomóc w stworzeniu szczepionki na wirusa.

Głównym i najważniejszym wątkiem całej produkcji jest relacja pomiędzy zdruzgotanym wydarzeniami ze swojego życia Joelem a pragnącą normalnego życia Ellie. Mężczyzna na przestrzeni czasu zaczyna traktować ją jak własną córkę i troszczy się o nią jak tylko może. Takie zachowanie Joela możemy zaobserwować głównie pod koniec pierwszej części jak i na początku drugiej. 

Tak naprawdę nie miałam pomysłu na ten wpis, a nie chcę też umieszczać tutaj więcej elementów fabuły, ponieważ zdradziłabym tym wiele wiele wydarzeń, które po prostu trzeba zobaczyć samemu.

czwartek, 17 czerwca 2021

Hej?

 Hej!

Ojej, trochę mnie tu nie było, co? Wiem, i każdy tydzień bez wpisu jest dla mnie strasznie dziwny. Każdy czwartek bez wejścia na bloga był trochę trudny, ponieważ ciągle chciałam coś napisać. Chciałam usiąść jak zwykle, zrobić sobie ciepłą herbatkę i napisać dla was i dla siebie wpis. Ale nie miałam na to chwili. Za chwilę kończy się rok szkolny, a ja jestem w szkole średniej. Moja ambicja i chęć pozyskiwania dobrych ocen dosłownie przyszpiliły mnie do szkoły i nauki. Każdą wolną chwilę spędzałam albo w szkole, albo, kiedy byłam już w domu, na odsypianiu nocki bądź ponownie, uczeniu się. Ale teraz? Oceny wystawione, sale lekcyjne prawie puste. Nareszcie mogę odetchnąć i zrobić coś dla siebie, bez martwienia się o czas czy jakieś niewykonane jeszcze zadanie.

A więc wróćmy do tego! Dzisiaj nie mam dla was żadnego konkretnego tematu, ale postanowiłam poopowiadać trochę o zbliżających się wakacjach. Jak każdy mam na nie sporo planów, a pomijając wszystkie wyjazdy i podróże planuję też nadrobić trochę popkultury! Jest naprawdę sporo serii anime, mang, książek czy seriali, które przez naukę odkładałam na bok. W tym miejscu przepraszam wszystkich moich znajomych, którzy polecali mi coś do obejrzenia czy przeczytania, a ja mówiłam tylko, że "okej, kiedy tylko znajdę czas". A teraz postanowiłam nareszcie go znaleźć.

Na pewno czeka na mnie ogrom seriali na Netflixie. Niedawno premierę miał "Łasuch", czyli historia hybrydy człowieka i jelenia. O samym serialu nie wiem za dużo, jednak plakaty i opinie moich przyjaciół to dla mnie wystarczająco, żeby po niego sięgnąć. Niedawno mój brat oznajmił, że pierwszy sezon "Szkoły zabójców" pojawi się na Netflixie, a nie będzie tylko na HBO. Kilka lat temu zaczęłam go oglądać i nigdy nie skończyłam, potem przestałam płacić abonament no i o całej serii zapomniałam. Jednak wiem, że mega mi się podobała i na pewno do niej wrócę w te wakacje. Z popularniejszych tytułów to od bodajże roku odkładam obejrzenie BBC-owskiej wersji "Sherlocka". Benedict Cumberpatch nigdy nie był moim ulubionym aktorem, jednak dwa miesiące temu obejrzałam pewne anime, "Yuukoku no Moriaty", którego głównym bohaterem jest główny nemezis naszego detektywa, doktor William James Moriarty. Dopiero wtedy zapoznałam się całkowicie z uniwersum Sherlocka i postanowiłam sięgnąć po serial. 

Z książek nie jest tego dużo, na pewno chcę dokończyć "Zabić Reagana". Ci, którzy znają mnie bliżej na pewno wiedzą, że mam fioła na punkcie historii Stanów Zjednoczonych i czytam o nich ostatnio non stop, a ta książka to moja ostatnia zdobycz. Koniecznie muszę doczytać ją do końca, tak samo jak "Zapomniane ludobójstwo" opowiadające o zbrodniach radzieckich wobec narodu polskiego. O mangach nawet nie zacznę mówić, bo ten wpis miałby kolejne tysiąc słów.

Myślę, że na dziś wystarczy. Szczerze to dopiero niedawno wróciłam ze szkoły i nie powiem, chętnie ucięłabym sobie drzemkę. Cześć!

czwartek, 20 maja 2021

Co tam nowego?

 Hej!

Dzisiaj nie za bardzo miałam pomysł na wpis, więc postanowiłam wrócić do czegoś, co robię co jakiś czas, kiedy tak jak dzisiaj niezbyt dopisuje mi wena. Zapraszam was więc na krótkie streszczenie tego, co ostatnio się u mnie dzieje.

Chyba powinnam zacząć od szkoły, prawda? Wróciliśmy do nauki stacjonarnej. Pewnie powiecie "świetnie, powinniście się cieszyć, że zobaczycie kolegów i nauczycieli!", ale prawda wygląda trochę inaczej. Dla mnie powrót równał się z ogromnym stresem i presją wywieraną przeze mnie na siebie. Zestresowałam się do tego stopnia, że w niedzielę nie byłam w stanie nic zjeść, bo na żołądku miałam jeden, wielki supeł, tak samo w poniedziałek i wtorek. Dodatkowo pojawiły się u mnie pierwsze widoczne oznaki braku snu, również spowodowanego stresem. Na myśl o konieczności stawienia czoła osobom, które znam raptem miesiąc, oraz spędzenia z nimi kolejnego, mój mózg otwarcie się buntował i nie pozwolił mi zasnąć przez niemal równe trzy doby.

Teraz jest o wiele lepiej. Okazało się, że drobne rozmówki, czy to na Discordzie czy na Messengerze z osobami z klasy pozwoliły mi zacząć naprawdę sporo ciekawych znajomości. Ludzie sami chcą się integrować, podchodzą, zagadują, przytulają na przywitanie czy pożegnanie. Spora część z nich dała mi też ogromne wsparcie psychiczne, no bo nie ukrywam, że w moim przypadku stres był bardzo widoczny z zewnątrz. Na pewno jestem im bardzo wdzięczna, i bardzo pozytywnie zaskoczona powrotem.

Czy coś jeszcze się u mnie dzieje? Wróciłam do czytania, ponieważ na długich przerwach czasami znajduję trochę czasu na poszperanie w bibliotece. Zabrałam się za kontynuację "Okrutnego Księcia" zatytułowaną "Zły Król" i całkiem mi się podoba. Kupiłam dzisiaj drugi tom sequelu "Pokoju w kolorach szczęścia" o detektywie Matsubase. I tutaj również, bardzo lubię główną historię, a rozwinięcie postaci naszego genialnego śledczego to świetne dopełnienie całości. Czy coś jeszcze? Ach, i posprzątałam moją mini biblioteczkę! Zarówno książki, jak i mangi dostały trochę więcej miejsca dla siebie, chociaż ciągle mam wrażenie, że przybywa ich coraz więcej z każdym dniem. No tak, dzisiaj kupiłam kolejną...

czwartek, 13 maja 2021

Oceniamy świeżaki

 Hej!

Dzisiaj już standardowo, jak co tydzień chciałabym zaprosić was na kolejny wpis, w którym jak już zapowiadałam zaprezentuję nowości z WFM-u, Wiosennego Festiwalu Mangowego organizowanego przez Wydawnictwo Studio JG oraz sklep Yatta.pl. Z siedmiu wydanych wówczas nowości kupiłam pięć, więc krótko je dla was streszczę i napomknę co nieco o ich plusach i minusach.

Najpierw absolutna klasyka. Manga, na którą polscy fani czekali już od bardzo dawna, mianowicie "Shaman King". Do pewnej zwyczajnej tokijskiej szkoły przenosi się uczeń Yo Asakura, posiadający umiejętności porozumiewania się z duchami! Szkoli się on na tzw. szamana oraz planuje zostać najlepszym z nich. Brzmi to trochę jak typowy shonen, i zapewne tak jest, jednak mogę w stu procentach polecić tą mangę fanom takich staruszków jak "Bleach" czy "One Piece". Walka, przyjaźnie, dążenie na szczyt - i wiele, wiele więcej!

Dalej znajduje się ecchi, na którego przeczytanie chyba nie byłam przygotowana. "Projekt: Cosplay" to przezabawna historia pewnego zakochanego w tworzeniu lalek nastolatka i jego koleżanki z klasy, początkującej cosplayerki. Historia dla trochę dojrzalszych czytelników, aczkolwiek pięknie narysowana i absolutnie prześmieszna. Ten wyjątkowy duet cichego chłopca i popularnej dziewczyny rozbawi was już od pierwszej strony!

Następną mangą, w jaką udało mi się zaopatrzyć jest "Po deszczu", czyli jeden z bardziej urokliwych romansów jakie przeczytałam. Piękna, wysportowana siedemnastolatka zakochuje się w swoim czterdziestoletnim szefie z dorywczej pracy - nieogarniętym wdowcem ze średnią pensją. Pierwszy tom dał mi wiele do myślenia. Jestem niezwykle ciekawa, co jeszcze przygotowała dla nas autorka. Nie mogę doczekać się kontynuacji!

Kolejny tytuł to "Carole & Tuesday" i szczerze, kupiłam to tylko z ciekawości i faktu, że otrzymali nagrodę na zeszłorocznych Crunchyroll Anime Awards. Historia dwóch dziewczyn z różnych klas społecznych, które połączyła miłość do muzyki. Zdecydowanie warto przyjrzeć się obsadzeniu tej historii w miejscu i czasie, bowiem przyszłość, w której ludzkość skolonizowała Marsa brzmi jak dla mnie conajmniej pociągająco. Polecam sprawdzić!

No i już ostatni tytuł, mianowicie "Beztroskie dni". Nigdy nie mam za dużych oczekiwań do mang z gatunku 'slice of life', jednak tutaj poprzeczkę postawiono naprawdę wysoko. Przygody zwyczajnej, licealnej paczki przyjaciół może nie brzmią wyjątkowo interesująco, ale ten tytuł zdecydowanie mogę polecić. Głównie przez śliczną kreskę, od której ja nie mogłam oderwać wzroku!

czwartek, 6 maja 2021

Powrót!

 Hej.

Ojej, ojej. Trochę mnie tu nie było, co? Ostatni wpis jest prawie równo sprzed miesiąca, więc raczej powinnam wytłumaczyć się ze swojej nieobecności. A więc głównym jej powodem było... lenistwo. Mogę owijać przed wami w bawełnę, że miałam tyle a tyle roboty, lub, że stresowałam się powrotem do szkoły. No, to drugie brzmi całkiem jak ja, jednak nie to była przyczyna. Zwyczajnie zapominałam bądź zwyczajnie odsuwałam od siebie myśl, że muszę napisać kolejny wpis. Powtarzałam sobie, że skoro odpuściłam w czwartek, to sklecę coś w piątek. I... tak się nigdy nie stało.

Ale teraz wracam! Raczej nic się nie zmieni, po prostu wróciłam z miesięcznych wakajek i teraz czas na trochę cotygodniowych obowiązków. 

Więc jeszcze raz. Hej, dzisiaj zabieram was ze sobą po raz kolejny do świata anime i mangi, żeby podsumować kolejny fenomenalny festiwal zorganizowany przez Studio JG, tym razem pod nazwą "Wiosenny Festiwal Mangowy" (w skrócie WFM). Standardowo jak co kilka miesięcy wydarzenie to opiera się na wirtualnych zabawach i wyzwaniach dla fanów japońskiej popkultury, ale to, co tak naprawdę jest w nim najważniejsze, to oczywiście mangi! Tym razem premierę miało siedem genialnych tytułów: zakupione przeze mnie "Beztroskie Dni", "Po deszczu", "Shaman King", "Projekt: cosplay" i "Carole & Tuesday" oraz "Zapiski zielarki" i "Cicha piosenka o miłości". Recenzje tych mang przedstawię w kolejnych wpisach, bo zdecydowanie jest o czym pisać.

I to chyba będzie na tyle z dzisiejszych informacji. Nie będę teraz rozpoczynać kolejnej recenzji, bo wpis wyszedł by długi i na pewno nie wyrobiłabym się na planowaną godzinę publikacji. Jednak mam nadzieję, że wybaczycie mi ten trochę nieskładny post i będziecie cierpliwie czekać na kolejny, który, jak już pewnie wiecie, pojawi się w czwartek o godzinie 18:00 (może z lekkimi opóźnieniami, no cóż, znacie mnie!). 

czwartek, 8 kwietnia 2021

Zjedz... palec?!

 Hej!

Dzisiaj zabieram się do napisania jednego z najdłużej wyczekiwanych przeze mnie postów. Tematyką nawiązuje do poprzedniego, który koniecznie musicie sprawdzić, jeśli jeszcze go nie czytaliście. A więc, dzisiaj zaprezentuję wam moje absolutnie ulubione, nagrodzone w kategorii "Best Anime of The Year" podczas plebiscytu Crunchyroll Anime Awards 2021 oraz przełomowe na przestrzeni czasu tegoroczne anime o tytule "Jujutsu Kaisen".

Itadori Yuji to normalny nastolatek, którego od rówieśników odróżniała jedynie szybkość i siła. Chłopaka wychowuje dziadek, jego największy autorytet, a sam Yuji to przeciętny w nauce licealista uczęszczający na zajęcia mało licznego szkolnego kółka paranormalnego. Podczas jednego ze spotkań, jego przyjaciele oznajmiają mu, iż znaleźli zapieczętowany, przeklęty przedmiot ukrywany przez szkołę od wielu lat - palec demona Ryoumena Sukuny, jednego z najpotężniejszych demonów, jaki kiedykolwiek istniał. Zaciekawieni nastolatkowie zdejmują pieczęć i już po chwili zostają zaatakowani przez dziwną istotę! Nagle, na miejscu zjawia się Megumi Fushiguro, licealista o nadludzkich zdolnościach, potrafiący egzorcyzmować klątwy. Świat Itadoriego jednak zaczyna się załamywać, kiedy do obrony przyjaciół zmuszony jest połknąć palec, przyjmując nie tylko moc demona, lecz również jego duszę.

Ciężko streścić fabułę tego anime. To co opisałam to zaledwie ułamek pierwszego odcinka i kawałek drugiego, więc możecie się spodziewać, jak skomplikowana jest cała historia. Nie jest jednak przytłaczająca, co przy takich adaptacjach jest czasami problematyczne - wywarzenie informacji na równi z akcją, aby widz nie nudził się, ale jednocześnie mógł posiąść całą wiedzę, jakiej potrzebuje do zrozumienia świata przedstawionego. Z postaciami również nie ma problemu. Są dobrze poprowadzone, a ich działania poparte są w miarę logicznymi argumentami. Złoczyńcy nie są przerysowani, są oryginalni, intrygujący i chętni to oglądania. Szata muzyczna może i nie powala, ale zdecydowanie pasuje do całej serii. Anime to całą swoją wspaniałość opiera na dopracowaniu, przemyślanych akcjach i braku zabiegania. To najzwyczajniej w świecie dobry, porządnie wykonany i sensownie wypromowany wyrób studia Mappa.

Dla zainteresowanych oryginalną historią, z dumą i radością oświadczam, iż już niedługo w Polsce pojawi się pierwszy numer mangi wydany dla nas przez Studio Waneko. Zapraszam!

czwartek, 1 kwietnia 2021

Nowe = dobre?

 Hej!

Dzisiaj zabieram was na podróż po nowościach - nowych anime oraz kontynuacjach serii - które wszystkie, jak jeden mąż zakończyły się w zeszły czwartek/piątek. Wśród nich mamy: 2 sezon "Dr. Stone" o nazwie "Stone Wars", 2 sezon "The Promised Neverland" oraz pierwszy sezon genialnej nowości "Jujutsu Kaisen". Polecimy od moim zdaniem najgorszych, aż do perełek tego roku.

A więc zaczniemy od kontynuacji naprawdę obłędnego anime, które całkowicie skradło moje serce, czyli "The Promised Neverland". Po pierwszym sezonie miałam ogromnie wygórowane oczekiwania ze względu na obiecujące zakończenie, ale... totalnie się zawiodłam. Na początku było świetnie, naprawdę! Nie mogłam się doczekać kolejnych odcinków, a spowodowane to było faktem, iż znałam kilka spoilerów z mangi i bardzo oczekiwałam pewnego czarnowłosego jegomościa (nie będę zdradzać szczegółów). Lecz fabuła się rozkręcała, a gdy nareszcie nastąpił moment, w którym miał się pojawić... to go nie było. Dosłownie! Od tamtego momentu okazało się, że anime wytacza swoją własną fabułę i w żadnym calu nie trzyma się wydarzeń z mangi. I tutaj pojawił się największy problem - ta fabuła pozbawiona była smaku. Nie będę dokładnie jej opisywać, możecie sami to obejrzeć i wyrobić sobie swoją opinię. Dla mnie - seria 6/10.

Następnie nie wiedziałam, kogo powinnam wstawić, ponieważ pozostałe dwie serie to istny majstersztyk w moich oczach. Postanowiłam jednak umieścić tutaj drugi sezon anime "Dr. Stone: Stone Wars", który jest dla mnie absolutnie cudowny. Aż do ostatniego odcinka byłam niemal pewna, że będzie to koniec serii, ale twórcy zgrabnie przedstawili nam nienaciągany, dobrze poprowadzony wątek upewniający nas, iż kontynuacja się pojawi. Skupmy się jednak na omawianym sezonie - w tym przypadku również miałam dość mocne oczekiwania, ponieważ naprawdę podobał mi się początek, i w żadnym calu się nie zawiodłam. Kreska spełniła wszystkie aspekty dobrej, porządnie zrobionej animacji. Sama akcja też nie rozczarowywała - tam, gdzie potrzebna była odrobina humoru, tam się pojawiała. Na końcu potrzebowaliśmy odrobiny ckliwości, twórcy nam to zapewniali. W moim mniemaniu, seria zasługuje na mocne 9/10 - nie wiem czemu nie 10, chyba muszę zostawić to dla kolejnego anime.

I to na tyle w tym wpisie! Ostatnia z serii pojawi się już w przyszłym tygodniu, więc trochę cierpliwości!

czwartek, 25 marca 2021

Wyjątkowe shojo

 Hej!

Dzisiaj, czego na pewno, na sto procent się nie spodziewaliście, zrecenzuję dla was kolejne anime. Tak, wiem, kontent ostatnio mamy dosyć monotonny, ale z racji nauki zdalnej i ogółem całej pandemii, to i tak najlepszą i w sumie jedną z niewielu opcji do wyboru jeśli chodzi o spędzanie wolnego czasu jest tzw. Netflix & Chill. Chociaż ja z Netflixa korzystam rzadko, to czasami po coś tam sięgnę - ale nie o tym dzisiaj! Bo dziś, zabieram was do cudownego, i zdecydowanie jednego z moich ulubionych anime z gatunku, czyli "Horimiya".

Kyouko Hori to w miarę zwyczajna uczennica liceum - urocza, zadbana, mądra i pewna siebie. Cała klasa ją uwielbia, ogląda się też za nią wielu chłopaków. Izumi Miyamura to cichy, introwertyczny licealista, który z wyglądu może być przykładem typowego odizolowanego kujona (okulary, długie, niezadbane włosy, wiecznie pełny garnitur) - część jego klasy nawet nie wie, jak brzmi jego głos! Oboje mają swoje "mroczne" sekrety skrywane przed oczami innych ludzi. Hori to w rzeczywistości pani domu, która pod nieobecność wiecznie zapracowanych rodziców zajmuje się swoim młodszym bratem, Soutą i całą pracą przy zajmowaniu się jej przybytkiem. Pewnego dnia, zharowana nastolatka zapomina odebrać braciszka z przedszkola, i kiedy spanikowana już wybiega z domu, dostrzega jej zgubę prowadzoną za rękę przez wysokiego, oryginalnie wyglądającego nastolatka. Kiedy Kyouko dziękuje mu, a ten okazuje się znać jej imię, zaskoczona dowiaduje się, że ten cały w kolczykach i tatuażach chłopak to właśnie Miyamura!

Jak już możecie się domyślić, seria ta musi mieć w sobie coś niesamowicie fantastycznego, aby przyciągnąć mnie do gatunku, jakim jest romans, czy ogółem shojo. Jednak w tym przypadku zaczęłam na spokojnie, od dwóch tomów mangi po angielsku. I przepadłam. Zakochałam się w kresce - jest po prostu bajeczna! Prześliczna, zarówno w komiksie jak i w adaptacji. Dodatkowo, oglądając potem anime (które cały czas wychodzi!) ani razu mnie nie znużyło. Ciągle miałam ochotę oglądać więcej i więcej, a przyczynił się do tego w dużym stopniu sam Miyamura. Jest cudowny, miły, niewinny, tzw. cinnamon roll, i to najsłodszy jakiego poznaliście! Inni chłopcy też robią wrażenie - postacie poboczne w tej serii to kolejny z jej wielu atutów. Każda dostaje chwilę dla siebie i mniej lub więcej minut na swoje backstory i wytłumaczenie niektórych zachowań. Jak dla mnie, absolutny hit i zdecydowanie jedno z najlepszych anime tego roku.